Michał Wawer: Podatek jednolity dużym wyzwaniem dla rządu

Podatkowym tematem tygodnia jest zapowiedziana przez rząd całościowa reforma podatku dochodowego i składek ZUS – tzw. „podatek jednolity”. Ogólnie rzecz biorąc, koncepcja sprowadza się do tego, że zamiast płacić (jak w tej chwili) oddzielnie PIT, oddzielnie ZUS (składki emerytalne itp.) i oddzielnie składki zdrowotne – wszystko to będzie połączone w jedną daninę liczoną jako procent od dochodu, a podziałem tej kwoty pomiędzy poszczególne instytucje będą zajmować się już później urzędnicy (a nie tak jak teraz – podatnik).

Oczywistym skutkiem takiej reformy byłoby znaczące uproszczenie biurokracji dla przedsiębiorców (szczególnie dla pracodawców) – liczba dokumentów wysyłanych co miesiąc do urzędów zmniejszyłaby się zapewne o co najmniej połowę. Cały system uległby też uproszczeniu – w naturalny sposób musiałyby zniknąć m.in. różnice między liczeniem dochodu pracownika na potrzeby PIT i na potrzeby ZUS, zniwelowane zostałyby też różnice finansowe między umowami cywilnoprawnymi a umową o pracę (co już jest mocno kontrowersyjne, ale to temat na oddzielny wpis).

Założenia reformy są więc – co do zasady – słuszne. Diabeł tkwi w sposobie realizacji – wprowadzanie takiej reformy jest bowiem świetną okazją, żeby cichaczem podnieść podatki. Siłą rzeczy pozmieniają się wszystkie stawki wszystkich danin, a rząd musi to jakoś przeliczyć, w dodatku biorąc pod uwagę sprawiedliwość społeczną – a więc jednym się trochę obniży sumę danin, drugim się trochę podniesie, i nikt się nawet nie zorientuje, jak suma podatku jednolitego będzie średnio o 1 czy 2 punkty procentowe wyższa niż obecna suma danin.

Czy tak będzie? Raczej tak. Problem w tym, że nikt nie wie tego na pewno. Na razie nie ujawniono praktycznie żadnych szczegółów projektu – ani stawek (poza ogólnymi widełkami), ani kwot progów, ani kwoty wolnej. Czyli nie wiadomo, kto zapłaci więcej, a kto mniej, i o ile. Natomiast dziennikarze (i ekonomiczni, i zwykli) już zaczęli zbiorczo oburzać się na PiS, że podnosi podatki. Na który portal z newsami nie zajrzeć, królują felietony w iście korwinowskim duchu, że już tu nam rząd pieniądze z portfela wyjmuje.
Trochę to niestety niepoważne, zwłaszcza u dziennikarzy ekonomicznych. Radziłbym zostawić oburzenie na moment, w którym pojawią się jakieś propozycje stawek i progów, i będzie się na co oburzać. Zwłaszcza, że sama koncepcja podatku jednolitego jest naprawdę korzystna w porównaniu do obecnego systemu – a potępianie jej w czambuł może łatwo doprowadzić do tego, że PiS się znowu ugnie i żadnych reform nie wprowadzi.

Inna sprawa, że moim zdaniem do tej reformy w ogóle nie dojdzie, i cała obecna dyskusja jest bezprzedmiotowa. Dlaczego? Bo do wyborów parlamentarnych zostały trzy lata. Zrobienie w takim czasie od zera całościowej reformy trzech wielkich systemów finansowych (systemu podatku dochodowego PIT, systemu składek na ubezpieczenie społeczne, i systemu finansowania opieki zdrowotnej) – to zadanie przerastające możliwości ekipy, która nie umie napisać ustawy o podatku handlowym. Żeby podatek jednolity wszedł w życie, trzeba by kolejno:
– uzgodnić szczegółowe założenia między ministrem Kowalczykiem (odpowiedzialnym za reformę), ministrem finansów Morawieckim i resztą rządu – według mnie tylko to jedno to zadanie na trzy lata intensywnej pracy;
– napisać projekty ustaw (wielu ustaw w wielu obszarach, a nie jednej krótkiej, jak sugeruje w swoich wypowiedziach min. Kowalczyk);
– przeprowadzić ustawy przez proces legislacyjny, jednocześnie radząc sobie z opinią publiczną;
– wydać rozporządzenia wykonawcze;
– dostosować systemy informatyczne US, ZUS i NFZ do nowej sytuacji;
– zmienić strukturę zatrudnienia w w/w instytucjach i wyszkolić pracowników do zmienionych zadań.

Zrobienie tego wszystkiego tak, żeby w 2018 podatek jednolity wszedł w życie (jak obiecuje min. Kowalczyk) – to według mnie czyste marzycielstwo.
Chyba, że wszystkie te zadania wykona się byle jak. A w takim wypadku wszyscy będziemy mieli duży, duży problem.