Próba zrozumienia J.E. Prymasa Wojciecha Polaka

 

Nie od dziś wiadomo w środowisku prawicy narodowej – ale i nie tylko – że od pewnego czasu Kościół podąża niezrozumiałą drogą. Wielu hierarchów legitymizuje idee, które jeszcze niedawno były przez Kościół wprost potępiane. Ze święcą szukać współcześnie przykładu, w którym jakiś biskup, kardynał, czy nawet papież potępiłby liberalny katolicyzm lub inne herezje – jakie w przeszłości Kościół przeklął.
Ale ten tekst nie będzie o tym. Będzie o innym przypadku, który ostatnio pojawił się w debacie publicznej.

Wszyscy wrogowie nacjonalizmu błyskawicznie wychwycili słowa prymasa Polski, który w swoim wystąpieniu nacjonalizm nazwał herezją: „Aprobata do tego typu myślenia jest niewłaściwa, a wręcz heretycka, tak nie może być. To odciąga od tego co jest istotą chrześcijaństwa”. Padły również słowa o pogaństwie i bezbożności.

Do pewnego stopnia nie byłem w stanie pojąć jak to możliwe, że Prymas Polski jednym zdaniem potrafił wykluczyć z Kościoła świętego takich wspaniałych księży, biskupów i arcybiskupów jak Abp Adam Sapieha, Abp Józef Teodorowicz, Bp Zbigniew Józef Kraszewski, X. prof. Michał Poradowski, X. Kazimierz Lutosławski, czy O. Józef Maria Innocenty Bocheński OP.

Księży-narodowców było wielu, ale w szczególności ostatnie nazwisko daje do myślenia jeśli chodzi o kwestię nacjonalizmu polskiego, ale nie tylko. O. Innocenty pisał: „nacjonalizm katolicki nie jest zaprzeczeniem katolickiego uniwersalizmu, ale on właśnie umożliwia ten uniwersalizm” – wskazuje to oczywiście na zgodność nauki Kościoła z nacjonalizmem…

Jaka więc zaszła zmiana, że dominikanin przestał nazywać się nacjonalistą? Posłużę się fragmentem opisu sylwetki, pióra prof. Jacka Bartyzela:

“Po 1939 roku o. Bocheński zastąpił jednak termin „nacjonalizm” pojęciem „patriotyzmu” (O patriotyzmie [1942], wyd. osobne: W 1989), lecz była to głównie zmiana semantyczna, gdyż zespół wartości pozostał w zasadzie niezmienny, a deontologia patriotyzmu, w której wysoką rangę przyznano m. in. obowiązkom „toczenia wojny” i „promieniowania kulturą ojczystą”, została nawet rozbudowana; termin „nacjonalizm”, utożsamiony teraz z zakresem pojęcia „szowinizm”, spadł do rzędu „zabobonów”“ (Całość: http://haggard.w.interiowo.pl/jmbochenski.html)

Widać, że trauma wojny dla wielu osób była tak wielka, że jakiekolwiek podobieństwo (choćby w nazewnictwie) do narodowego socjalizmu niemieckiego wzbudzało odrazę. Stąd pomysł przeniesienia pewnych wartości na inne słowa. Z wielką szkodą można patrzeć na to, że nawet w naszym obozie były takie (pragmatyczne?) tendencje.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy O. Innocenty był motywowany pragmatyzmem czy może strachem – jednak obu postaw w pewnych kręgach można być pewnym. Nie wiem także czy prymas Polak zaczytywał się w tym akurat autorze, ale wiele wskazuje na to,  że przyjął podobne rozumowanie. Wolę powstrzymać się od pochopnego wciągania prymasa w antykatolickie gierki niektórych środowisk.

Jednakże my, młodzi ludzie, nie jesteśmy przerażeni tym słowem. Wiemy co oznacza i nie wywołuje to w nas strachu. Niestety wiele osób poddało się ostrzałowi z trzech stron – liberalnych katolików, lewicowych aktywistów (komunistów, anarchistów itp.) oraz tych o podejściu O. Innocentego (któremu nie zarzucam złych intencji, ale utrudnienie nam szerzenia wartości).

Przed środowiskiem narodowym tytaniczna praca do wykonania, by odkłamać słowo “nacjonalizm” i przywrócić w debacie publicznej należne mu miejsce. Nie mam zamiaru – podobnie jak inni, podzielający moje poglądy – wypierać się nacjonalizmu i miłości bliźniego na rzecz nieuporządkowanego sentymentalizmu, ani też wyrzekać się ortodoksji na rzecz katolickiego „róbta co chceta” – przez wypowiedź prymasa. Pragnę byśmy nazywali rzeczy po imieniu i przestali wkładać do jednego worka polski nacjonalizm katolicki z szowinizmami. “Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”.

Na koniec kilka wciąż aktualnych cytatów – nauka Kościoła się nie zmienia!

„(Ps. 66, 4-5)
Bóg i Pan wszelkiego stworzenia jest Ojcem narodów.
Bo dlaczego Stwórca człowieka i
jego duszy nie miałby być Ojcem ciała i duszy narodów?
Naród nie jest przecież bogiem!
Narody są dziećmi Boga, a przez to wspólne Ojcostwo są sobie braćmi!
Rodzina narodów powołana jest do wyższego celu —
uwielbienia wspólnego Ojca:
„Chwalcie Pana, wszyscy poganie, chwalcie Go,
wszystkie narody, bo możne jest nad nami miłosierdzie Jego,
a prawda Pańska trwa na wieki!” (Ps 116, 1-2).
To jest konstytucja współżycia narodów.
Z niej wywodzą się zasady katolickiego nacjonalizmu.”

~ Kardynał Stefan Wyszyński, “Miłość i sprawiedliwość społeczna”

 

“Obcy duchowi katolicyzmu, niż najgorszy choćby nacjonalizm, jest – o wiele niebezpieczniejszym od niego – internacjonalizm masoński,
czy sowiecki. Nie mówiąc już o tym, że nacjonalizmy współczesne, prócz oczywistych błędów w niektórych przypadkach, zawierają myśli zdrowe, bez porównania bliższe organicznej koncepcji społecznej katolicyzmu i jego pojęciu bonum commune, niż mechanizmy liberalny i socjalistyczny.

A już naprawdę zrozumieć niepodobna tych katolików, którzy w imię jakiegoś urojonego ideału uniwersalistycznego potępiają nawet te nacjonalizmy, które – jak polski – stoją zdecydowanie na gruncie katolickim i świadome są swojej roli cząstkowej w obrębie kultury ogólnej.”

~ O. Józef Maria Innocenty Bocheński OP, “Wolność religijna jest herezją”

 

“Przyjmując jednak zasadę miłości musimy ją przyjąć taką jak w Ewangelii, a więc nie taką, jaką podsuwają nam sentymentaliści. W miłości ewangelicznej istnieje ordo caritatis, czyli miłość uporządkowana, stopniowana. Katolik więc musi pamiętać, że nie wolno mu kochać wszystkich jednakowo, jeśli nie chce sprzeniewierzyć się swej Wierze. Najpierw i najwięcej ma miłować Boga, bo “z całego serca swego, ze wszystkiej myśli swojej, z całej duszy swojej” a potem ma miłować siebie samego, gdyż prima caritas ab ego i wreszcie bliźniego “jak siebie samego”. A więc po Bogu katolik ma miłować siebie samego, czyli sobie życzyć dobra, ale nie wyłączając z tej miłości drugich, bo ma kochać i bliźnich, czyli ma obowiązek życzyć bliźnim dobra. Zasada stopniowania wymaga by po sobie miłować najwięcej najbliższych, a więc rodziców, rodzeństwo, dzieci własne, później krewni i tzw. “bliscy” z tych czy innych względów. Tak samo powinno być w życiu narodu. Miłość narodowa to nic innego jak to, by naród sam siebie kochał. Ta miłość siebie samego każe narodowi dbać przede wszystkim o własne dobro, o swój rozwój i rozkwit, o pełnię swego życia, o doskonalenie się. Miłość ta upoważnia naród do obrony swego życia, do walki, a nawet do wojny. Dlatego źle pojęty pacyfizm jest sprzeczny z duchem Ewangelii, bo w imię sentymentalnej miłości ludzkość każe narodowi wyrzekać się miłości siebie samego. Przejawem braku miłości siebie samego w życiu narodu jest np. tolerowanie pasożytnictwa na sobie narodom obcym. Po miłości siebie samego naród ma kochać i wszystkie inne narody, życząc im dobra, tak jak jeden człowiek wobec drugiego i na tym polega wprowadzenie etyki katolickiej do polityki”

~ X. prof. Michał Poradowski, “Katolickie Państwo Narodu Polskiego”

Autorem tekstu jest Konrad Smuniewski – dwudziestoletni student Historii na Uniwersytecie Warszawskim, działacz Ruchu Narodowego,  wszechpolak.