Michał Wawer: Krajobraz po wecie

Reakcje na prezydenckie weta wobec „ustaw sądowych” dużo mówią na temat tego, do czego naprawdę dążyli politycy Prawa i Sprawiedliwości. Posłowie rządzącej partii przyjęli postawę żołnierzy pobitych, i to pobitych wskutek zdrady we własnym obozie; wnioskując tylko na podstawie ich wypowiedzi, należałoby dojść do wniosku, że Prezydent całkowicie zablokował jakąkolwiek reformę sądownictwa. A przecież z trzech „ustaw sądowych” zablokowane zostały tylko dwie i to w dodatku te, które w mniejszym stopniu dotyczyły zmian instytucjonalnych, a w większym – obsadzania eksponowanych politycznie stanowisk w SN i KRS. Płynie stąd dość oczywisty wniosek, że właśnie wymiana kadr na tych stanowiskach była rzeczywistym celem PiSu, a zmiany o charakterze instytucjonalnym stanowiły jedynie zasłonę dymną dla całej operacji. Niezbyt przemyślaną, defetystyczną narrację rządzącej partii podchwyciło zresztą całe społeczeństwo i powstało ogólne wrażenie, że w sądach wszystko zostaje po staremu.

Tymczasem trzecia ustawa, nowelizująca przede wszystkim prawo o ustroju sądów powszechnych, została podpisana przez Prezydenta i wejdzie w życie. Nie jest to z pewnością kompleksowa reforma, jakiej wymaga polski wymiar sprawiedliwości, ale wprowadza cały szereg cząstkowych zmian, którym warto się przyjrzeć.

Nowelizacja obejmuje liczne niewielkie zmiany w zakresie nadzoru i dyscypliny sędziowskiej. Usunięto między innymi absurdalny przepis stanowiący, że wizytację (kontrolę) w wydziale sądu przeprowadzić można tylko raz na cztery lata. Wprowadzono z kolei mechanizm nacisku finansowego w odniesieniu do prezesów sądów – w wypadku negatywnej oceny przez Ministra działalności sądu będą oni mogli zostać pozbawieni części dodatku funkcyjnego. Znaczna część ustawy została poświęcona też walce z nadużywaniem przez sędziów zwolnień lekarskich – można stąd wyciągnąć wniosek, że „lewe” zwolnienia muszą być poważnym problemem w sądownictwie… Nie tylko zresztą tam – patologie systemu wystawiania zwolnień chorobowych nie są może tematem najbardziej medialnym, ale w skali całej gospodarki jest to problem bardzo poważny i również wymagający głębokiej reformy.

Wśród innych korzystnych zmian wymienić można również przepis wprowadzający większą elastyczność w wykorzystywaniu urlopów wychowawczych przez sędziów-rodziców. Po nowelizacji możliwe będzie realizowanie urlopu poprzez zmniejszenie o połowę liczby spraw przyjmowanych do rozpoznania, a nie – jak dotychczas – tylko przez całkowite zwolnienie od pracy.

Bardziej kontrowersyjne jest wprowadzenie mechanizmu losowego przydzielania spraw sędziom. Rozwiązanie to ma stanowić receptę na proceder „kupowania” wyroków, i tę funkcję rzeczywiście ma szansę spełnić (przynajmniej w pewnej mierze). Z drugiej jednak strony losowanie położy kres istnieniu nieformalnych specjalizacji sędziowskich w ramach wydziału – prezes nie będzie już mógł przydzielać spraw nietypowych i wymagających pogłębionej wiedzy sędziom posiadającym w danym zakresie największe doświadczenie. Losowe przydzielanie spraw może więc poprawić sytuację w sądach najbardziej skorumpowanych, jednak w tych najbardziej uczciwych i najlepiej zarządzanych – zmniejszy efektywność działania sądu. Zmianę tę można zatem ocenić pozytywnie jedynie pod warunkiem, że traktujemy ją jako tymczasowe, nadzwyczajne remedium na korupcję – które przestanie być potrzebne w momencie osiągnięcia ogólnej poprawy sytuacji sądownictwa.

Pomimo licznych zmian w zakresie organizacji i nadzoru nad sądami, na pierwszy plan w nowelizacji wybijają się kwestie personalne. Istotnie zreformowany zostaje mianowicie tryb wybierania prezesów sądów na trzech podstawowych szczeblach (rejonowych, okręgowych, apelacyjnych). Do tej pory sędziów na te stanowiska nominował co prawda Minister Sprawiedliwości, jednak jego wybór mógł być łatwo zablokowany przez zgromadzenie sędziów danego sądu oraz przez Krajową Radę Sądownictwa. W praktyce powodowało to, że realnym decydentem było właśnie środowisko sędziowskie.

Po nowelizacji prawo nominowania prezesów zostanie przekazane w całości ministrowi, i korporacja sędziowska nie będzie miała na dokonywany wybór żadnego formalnego wpływu. Tworzy to oczywiście pewną obawę, że decydującym kryterium przy wyborze prezesa będzie jego lojalność wobec aktualnego ministra. Trzeba jednak pamiętać, że w III RP ewidentnie nie sprawdził się model sądownictwa, w którym środowisko sędziowskie samo się kontroluje i samo decyduje o obsadzie stanowisk. Uprawnienia tego środowiska przestały służyć podwyższaniu jakości wymiaru sprawiedliwości, a stały się narzędziem do wzajemnego chronienia się przed jakąkolwiek odpowiedzialnością. Ograniczenie władzy sędziowskiej korporacji wymaga na obecnym etapie silnej, skoncentrowanej w jednym ręku kontroli nad obsadzaniem stanowisk – inaczej taka reforma może po prostu nie przełamać wewnętrznego, środowiskowego nacisku na prezesów sądów. Stopniowe, rozłożone w czasie na dwie kadencje wymienianie kończących kadencje prezesów sądów na nowe osoby miałoby szansę skruszyć istniejący układ i na dłuższą metę wyraźnie poprawić sytuację wymiaru sprawiedliwości. W dalszej perspektywie – po choćby częściowym uzdrowieniu sytuacji – można by pomyśleć o włączeniu w jakiejś formie środowiska sędziowskiego lub innych instytucji w proces nominacji, co z kolei służyłoby podniesieniu merytorycznego poziomu kandydatów.

Niestety, Prawo i Sprawiedliwość nie poprzestało na wprowadzeniu nowego mechanizmu wyboru prezesów i zwiększeniu uprawnień ministra. Nowelizacja stała się pretekstem do zarządzenia zbiorczej wymiany wszystkich prezesów sądów apelacyjnych i okręgowych, którzy nie zostaną zaakceptowani przez obecnego Ministra Sprawiedliwości. Jak pokazuje doświadczenie, taka hurtowa, jednorazowa wymiana kadr przeważnie staje się po prostu „dzieleniem łupów” i skutkuje obsadzaniem odpowiedzialnych stanowisk karierowiczami, których jedyną „zaletą” jest deklarowana lojalność wobec protegującego ich polityka. Nieraz potrafią to być osoby o szemranej przeszłości i powiązaniach, czego w warunkach przyspieszonego obsadzania dziesiątków stanowisk po prostu nie ma czasu zweryfikować (w odróżnieniu od sytuacji, gdyby wymiana kadr była stopniowa).

Najgorsze jednak jest to, że użycie niewielkiej reformy jako przykrywki dla hurtowej wymiany kadr tworzy fatalny precedens – i sprawia, że każda kolejna ekipa rządząca będzie czuć pokusę zrobienia tego samego, a wszelkie zarzuty odpierać argumentem, że przecież ich poprzednicy zrobili dokładnie to samo. W ten sposób ustawa przyjęta przez PiS jako sposób na umocnienie swojej władzy będzie ułatwiać przejęcie przez (na przykład) lewicę totalnej władzy nad państwem po wygraniu następnych czy jeszcze kolejnych wyborów. I tak nowelizacja prawa o sądach powszechnych – przy wszystkich swoich zaletach – w sensie instytucjonalnym może na dłuższą metę okazać się niestety niszczycielska w skutkach.