Michał Wawer: Nowy Kodeks pracy i przereklamowana rewolucja

Polski Kodeks pracy, wprowadzony w 1974 roku, jest chyba najbardziej anachronicznym i niedopasowanym do współczesnych realiów aktem prawnym w Polsce. Był cięty na kawałki i łatany niezliczonymi nowelizacjami; mało który artykuł pozostał niezmieniony od dnia uchwalenia do dzisiaj. Mimo to w dalszym ciągu widać, że był to kodeks tworzony na potrzeby wielkich, socjalistycznych zakładów przemysłowych, a nie dominujących w rynkowej gospodarce małych i średnich przedsiębiorstw.

Na palącą potrzebę uchwalenia nowego Kodeksu pracy odpowiedział wreszcie (po prawie trzydziestu latach od zmiany ustroju!) obecny rząd, powołując w zeszłym roku komisję kodyfikacyjną. Przewodniczący komisji, wiceminister pracy Marcin Zieleniecki, zdradził w tym tygodniu dziennikarzom kilka ze zmian, jakie ma obejmować nowa ustawa. Propozycje te zostały ogłoszone w mediach jako „rewolucyjne” – co niestety świadczy o postępującej tabloidyzacji nawet najpoważniejszych tytułów i portali. Zapowiadane zmiany z całą pewnością nie są bowiem „rewolucyjne” – nie są też szczególnie dobre, ani szczególnie złe. Są po prostu mało istotne.

Najwięcej mówi się o zmianach dotyczących urlopów. Nowy kodeks ma przewidywać możliwość wydłużenia lub skrócenia przysługującego pracownikowi urlopu w układzie zbiorowym pracy, zawieranym przez pracodawcę ze związkami zawodowymi – zasadą tak jak obecnie ma być urlop 26 dni urlopu, ale układ zbiorowy będzie mógł ten wymiar zwiększyć lub zmniejszyć o kilka dni rocznie. W celu dokonania takiej zmiany muszą być spełnione następujące warunki:
– w zakładzie pracy musi istnieć związek zawodowy (w Polsce jest to mniejszość przedsiębiorstw, a w dodatku najczęściej w sektorze publicznym),
– w zakładzie musi być zawarty układ zbiorowy pracy (układy mają tylko niektóre zakłady posiadające związki zawodowe),
– pracodawca i pracownicy muszą być zgodni co do zwiększenia/zmniejszenia wymiaru urlopu (z oczywistych przyczyn nie będzie to częsta sytuacja).

Jak widać, konieczność spełnienia tych trzech warunków łącznie sprawi, że układ zbiorowy regulujący wymiar urlopu będzie najprawdopodobniej czymś wręcz egzotycznie rzadkim. Trzeba się zgodzić, że sam pomysł stworzenia takiej możliwości jest bardzo dobry – warto dać pracodawcom i pracownikom możliwość negocjowania wymiaru urlopu i pozwolić im na zmienianie go we wspólnym interesie, w zależności od sytuacji przedsiębiorstwa. Ale przedstawianie tak kosmetycznej zmiany prawa jako „rewolucji” – jest po prostu rozbrajające. Trudno powiedzieć, jaka jest przyczyna budowania przez media emocji wokół sprawy o tak marginalnym znaczeniu.

Drugą zmianą dotyczącą urlopów ma być likwidacja możliwości powstania „zaległości urlopowych”. Obecnie urlop za dany rok można wykorzystać do września roku kolejnego, natomiast w nowym kodeksie cały urlop będzie musiał być wykorzystany do końca danego roku kalendarzowego. Zmiana nie budzi większych kontrowersji, niewątpliwie ułatwi pracę kadrowym i nieco zdyscyplinuje pracodawców – ale trudno ją nazwać poważną reformą. Większość pracowników prawdopodobnie nie zauważy różnicy – zwłaszcza, że za zgodą pracownika przeniesienie urlopu na kolejny rok ma być nadal możliwe.

Kolejną nowinką w tej dziedzinie ma być zakaz wykonywania w czasie urlopu pracy zarobkowej (np. dla innej firmy lub na innym rodzaju umowy). Ta propozycja jest z kolei kuriozalna i trudno zrozumieć, na jakiej podstawie państwo uzurpuje sobie prawo do decydowania, czy obywatel w swoim czasie wolnym pracuje zarobkowo czy nie. Na pierwszy rzut oka widać jednak, że przepis ten będzie całkowicie martwy – bo jak niby państwo miałoby sprawdzać, czy pracownik faktycznie wypoczywa w trakcie urlopu?

Listę nieistotnych zmian zamyka zapowiedź ograniczenia możliwości stosowania przez pracodawców premii uznaniowych (premie takie będą mogły stanowić tylko określony procent wynagrodzenia). I znowu trudno powiedzieć, czyją sytuację ma to właściwie zmienić – w dużych firmach premie uznaniowe już teraz są coraz rzadsze i ustępują miejsca premiom regulaminowym, z jasno zdefiniowanym algorytmem wyliczania wysokości premii. A jeśli chodzi o małe firmy… Premia umieszczona w kopercie, w pełni uznaniowa i wolna od podatku, pozostaje tu nie bez przyczyny dominującą formą i dodanie kolejnych kodeksowych ograniczeń w tym zakresie będzie miało raczej skutek odwrotny do zamierzonego.

Zaprezentowana „reforma” jest niestety bardzo rozczarowująca. Komisja kodyfikacyjna nie powiedziała oczywiście ostatniego słowa, a projekt ustawy zobaczymy dopiero za kilka miesięcy – liczmy więc, że zaskoczy on nas reformatorską odwagą. Na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby autorzy projektu zamierzali zmierzyć się z prawdziwymi problemami polskiego rynku pracy, takimi jak nadmierne obciążenie pracodawców kosztami zwolnień chorobowych i zasiłków macierzyńskich, nadużywanie zwolnień lekarskich, przerost biurokracji i inne zjawiska skutecznie zniechęcające pracodawców do podpisywania z pracownikami umów o pracę, zamiast umów cywilnoprawnych.

 

Autor jest członkiem Zarządu Ruchu Narodowego.