Michał Wawer: Taktyka spalonych sądów

 

Spór o sądy bardziej niż jakikolwiek wcześniejszy kryzys pokazał, że w wyborze między PO i PiS nie ma „mniejszego zła”, i ograniczenie swojej wolności politycznej do wyboru spośród tylko tych dwóch opcji będzie jedynie pogłębiać problemy Polski. Naród polski oczekuje bowiem rzeczywistej, systemowej reformy sądownictwa, a tego nie proponuje ani jedna, ani druga strona konfliktu.

Główną siłą popychającą elektorat PiS do uczestnictwa w sporze o sądy jest głębokie i zasadniczo słuszne przekonanie, że polskie sądownictwo już dawno przestało służyć społeczeństwu. Arogancja kasty sędziowskiej, niewydolność wymiaru sprawiedliwości i biurokratyczne trzymanie się przez sędziów litery, a nie ducha prawa – te i inne patologie sprawiają, że zaufanie społeczne do sądów stoi od wielu lat na krytycznie niskim poziomie. Niechęć społeczeństwa do sądów od dawna była beczką prochu, czekającą tylko, aż ktoś rzuci na nią iskrę, aby w chaosie towarzyszącym wybuchowi załatwić swoje partykularne interesy. PiS w cyniczny sposób szczuje swój elektorat na środowisko sędziowskie, nie przedstawiając jednocześnie żadnej propozycji realnej zmiany. Nowelizacje ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym nie są bowiem żadną reformą – nie wprowadzają ani jednej istotnej zmiany w sposobie doboru kandydatów na sędziów, w ścieżce ich kształcenia, ani w sposobie ich motywowania lub dyscyplinowania. Powierzchowne „odświeżenie” ustroju sądownictwa jest jedynie ozdobnikiem dla rzeczywistej treści PiSowskich ustaw – czyli skrócenia kadencji obecnych członków KRS i SN, oraz umożliwienia nominacji własnych kandydatów na te najwyższe, politycznie istotne stanowiska. Wprowadzenie „reformy” nie sprawi, że sędziowie i prokuratorzy niższych szczebli nabiorą większych kompetencji, lub że zostanie podniesiony poziom ich motywacji i dyscypliny. Z całą pewnością nowelizacje nie sprawią też, że do zawodu sędziowskiego zaczną napływać osoby zdolniejsze lub uczciwsze. Mogą wręcz wywołać efekt przeciwny i zwiększyć wśród kandydatów odsetek politycznie protegowanych karierowiczów bez kompetencji. Aktualna „wojna na górze” w żaden sposób nie odbije się na codziennym działaniu i patologiach polskich sądów rejonowych i okręgowych – bo sporne ustawy po prostu tej sfery w ogóle nie dotyczą.

Nawet gdyby wziąć za dobrą monetę obietnicę PiS i uwierzyć, że rząd będzie mądrzejszy niż sędziowskie kliki, i na sędziów będą nominowani teraz tylko najlepsi z dostępnych kandydatów – to nadal nic się nie zmieni, ponieważ rząd będzie wybierał z takiej samej puli kandydatów, jak do tej pory KRS. Słuchając polityków PiS, można odnieść wrażenie, że w grupie chętnych do bycia sędziami było zawsze całe mnóstwo cnotliwych Katonów, którzy tylko czekali, aby ktoś im powierzył uzdrowienie wymiaru sprawiedliwości, a złośliwy KRS ich po prostu nigdy nie nominował do objęcia funkcji. Prawda jest tymczasem taka, że tych lepszych kandydatów na sędziów nie ma i nie było – i nawet najgenialniejszy minister sprawiedliwości ich nie wyczaruje bez trwającej latami zmiany całego systemu. Zawód sędziego przyciąga obecnie przede wszystkim miernoty odrzucone przez sektor prywatny, oraz leni skuszonych wizją niekontrolowanej przez nikogo pracy, w której można pojawiać się dwa razy w tygodniu na sesji, a przez resztę czasu siedzieć w domu „czytając akta”. Oprócz tego istnieje oczywiście całkiem pokaźna grupa sędziów z powołania (sam niejednego takiego spotkałem) – nieraz prawdziwych tytanów pracy. Jest ich jednak o wiele za mało, żeby sami mogli uzdrowić wymiar sprawiedliwości – nie bez systemowych zmian, które do zawodu przyciągną większą liczbę ambitnych, kompetentnych i zdyscyplinowanych prawników, z których obecnie większość nie bierze nawet pod uwagę zawodu sędziego jako jednej z opcji kariery.

PiSowskie reformy nic więc nie zmienią, za to mogą drastycznie utrudnić wprowadzenie jakichkolwiek reform w przyszłości. Jeżeli skrócenie kadencji KRS i SN stanie się precedensem i każda kolejna ekipa rządząca będzie teraz zaczynać swoje rządy od obsadzania tych instytucji swoimi ludźmi w ramach powyborczego dzielenia łupów – to autorytet wymiaru sprawiedliwości będzie nadal podupadał, a środowisko sędziowskie trwale straci zdolność do wydania ze swojego grona reformatorów.

Drugą stroną medalu są oczywiście działania Platformy Obywatelskiej (czy szerzej – całego anty-PiSu). Wydawało się, że po dwóch latach bezustannego wrzeszczenia o „dyktaturze” i „końcu demokracji” PO ze swoimi przybudówkami nie są w stanie uzyskać już niczyjego zainteresowania. A jednak – udało im się jeszcze jeden raz podnieść temperaturę politycznego sporu, pomimo kompromitacji kolejnych liderów, pomimo braku jakiejkolwiek konstruktywnej wizji państwa, a nawet pomimo Fransa Timmermansa oddającego Platformie niedźwiedzią przysługę swoimi pogróżkami, że zaraz tu przyjedzie i zrobi z Polską porządek. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że anty-PiSowska część społeczeństwa (tak samo jak część PiSowska) uważa sądownictwo za wymagające gruntownej reformy. Na ironię zakrawa więc fakt, że prowadzić tę część społeczeństwa może ekipa, która przez osiem lat rządów nie zrobiła dosłownie nic, żeby sytuację sądownictwa poprawić (chyba, że za próbę reformy uznamy system kontradyktoryjny w procedurze karnej, który minister Gowin z PO pracowicie wprowadzał, żeby następnie jako minister Gowin z PiS równie pracowicie go likwidować), i która otwarcie mówi, że chodzi im wyłącznie o zachowanie w sądownictwie status quo. Trudno o lepszy dowód na to, że w sporze o sądy nie chodzi wcale o sądy.

PO i PiS od 2005 roku robią wszystko, żeby na polskiej scenie politycznej nie istniało nic poza ich sporem. Odnoszą w tym duże sukcesy, mimo że na poziomie programowym nie ma między nimi żadnej realnej różnicy (wiem, co mówię, bo czytałem programy obu partii – można by je zamienić stronami tytułowymi, i nikt by się nawet nie zorientował). W kolejnych marketingowych bitwach obie formacje poświęcają własne idee, interes państwowy i co uczciwszych ludzi ze swoich szeregów. Obie partie są zwycięzcami tak długo, jak długo udaje im się przekonać Polaków, że każdy musi się opowiedzieć po jednej albo drugiej stronie – i w dążeniu do tego celu są ze sobą całkowicie zgodni. Nie twierdzę nawet, że jest to wynik jakiegoś świadomego porozumienia liderów partii (choć i tego bym nie wykluczał), ale po prostu partykularna korzyść z polaryzowania społeczeństwa i wywoływania coraz większych emocji jest oczywista dla obu formacji. I niestety, dopóki jako naród będziemy za każdym razem wybierać „mniejsze zło” spośród PiSu i anty-PiSu – nic się nie zmieni i czekają nas kolejne medialne spory, jeszcze bardziej jałowe i pozbawione znaczenia niż obecny.

 

Autor jest członkiem Zarządu Ruchu Narodowego.