Tuduj: Nastawienie ofensywne

Problemu z ideą narodową, czy sprawdzonymi wartościami cywilizacji łacińskiej, specjalnie nie ma. Mało tego, tok ziemskiego rozumowania i formułowania naszej idei politycznej osadza ją nawet we właściwych relacjach z niebem, jak cywilizacji łacińskiej przystało. Nie jest to reguła na obecnym „rynku” politycznych ofert. Zatem dlaczego, przy całym pięknie i słuszności, brak przełożenia tej idei na praktykę życia społecznego? Czy nas – myślących tymi kategoriami – jest w Polsce za mało?

Bynajmniej nie!

Nawet ludzie przeżywający zwątpienie w świat wartości, chętnie  poddający się współczesnej alogicznej, konsumpcyjnej dekadencji, wracają po jakimś czasie do form sprawdzonych. Zawierają małżeństwa, wybierają drogę przyzwoitości zamiast kłamstw i kłamstewek, czczą ojca i matkę. Może te młodzieńcze, obecnie o dekadę wydłużone dojrzewania, faktycznie zostawiają spustoszenie mentalne w umysłach, a więc osłabiają zdrową – w konserwatywnym rozumieniu – tkankę społeczną?

Gdyby wypłukanie polskości z Polaków było takie proste, już by się dawno – i to nie raz – dokonało.

Na obecny, daleko niezadowalający stan, w jakim znajduje się Polska, ma wpływ wiele czynników. Z nieodległej historii: utrata elit, głęboka penetracja narodu przez imperium sowieckie, promocja bierności i oportunizmu za PRL. To ostatnie szczególnie pokiereszowało wzorzec męskości u Polaków. Obraz silnego, wierzącego, a więc dobrego i groźnego zarazem mężczyzny, ojca czy dziadka, został prawie doszczętnie zniszczony. Prawie, bo takie seriale jak „Rodzinka.pl” nadal usilnie próbują go dobić swoją antyrodzinną indoktrynacją.

Wracając do politycznych doświadczeń, jest nim na pewno twarde doświadczenie kantów okrągłego stołu, a także natarcie nowej wersji marksizmu – tym razem z Zachodu, wreszcie polityka zagraniczna prowadzona na kolanach, z głębokim poddańczym kompleksem. Zamiast myślenia o polskiej racji stanu myślenie, że – w najlepszym razie – racja jest jedynie w Stanach… Nad polityką wewnętrzną również wypadałoby zapłakać. Oczywiście przyczyn jest więcej, o sprzedawczykach nie zapominając.

Jedna kwestia, to dlaczego tak się stało, ale inna, znacznie ciekawsza i ważniejsza, to dlaczego nie ma przemiany? Dlaczego Polacy nie umieją zrobić konserwatywnej kontrrewolucji i zadbać zwyczajnie o interes własnej wspólnoty? Gdyby chociaż było tak, że na całym świecie narody się roztapiają i przechodzą w nową erę społecznej masy multikulti… Tak jednak nie jest. Niektóre narody się umacniają i troszczą o siebie bardzo skutecznie. Innym, słabszym, proponuje się niejawnie funkcję podobną do roli chłopa pańszczyźnianego w feudalnym porządku. Wszystko to prowadzić będzie oczywiście do przesileń, kryzysów i – jak to w historii bywało od zawsze – zmiany państwowych granic. Nawet Rzym padł od nieokiełznanej imigracji…

Zrzucimy winę na media? Chwaląc je za to, jak skutecznie nas okłamują? Nie wierzę w tę przyczynę, bo mając głęboko wpisaną w narodowy charakter przekorę, ostatecznie i tak potrafimy rozmontować każdy system. Również system zorganizowanej dezinformacji. Bez względu jakiej maści i jak wielkimi pieniędzmi zasilany. Tym bardziej, że poza Mediami Narodowymi i ciekawymi dziennikarzami internetowymi wciąż istnieje godny odnotowania wyjątek, trzymający się zasad klasycznego dziennikarstwa: ośrodek toruński, wypadający naprawdę niesamowicie na tle wszechobecnej, taniej  ale hałaśliwej propagandy.

Gdzie więc jest pogrzebany przysłowiowy pies? Można powiedzieć, że w powszechnej bierności, ale to tylko ogólnik – a jaki jest konkret?

Otóż taki, że Polacy osiadając w mentalności „nie ma co się wysilać”, „nie da się”, lub „nie ryzykuj, na co ci to” elegancko wyłączyli formę wspólnej, zorganizowanej walki o własne bezpieczeństwo i dobrobyt. Tylko uwaga! Podkreślam: walki zorganizowanej! „Huzia na Józia” czy „z motyką na słońce” – to i owszem, czemu nie. Klasyka polskich zrywów, pełnych gorących uczuć serc. Z pewnością w intencjach zacnych, tylko że odkładających rozum, uzbrojony w zdrowy rozsądek, na półkę i często zostawiających stan późniejszy gorszy, niż początkowy. Lekarstwo, zamiast pomóc, pogłębiło dysfunkcję!

Czy tylko na powstania należy tak patrzeć? Nie! Wystarczy dostrzec rozpaczliwe podrygi wielu „prawoskrętnych” poczciwców, kładących jedną dobrą inicjatywę po drugiej. Oczywiście w tej grupie będą też agenci, dzielnie pracujący za złote dukaty nad tym, aby wysiłek swój i innych wkładać w to, by jak najefektowniej nic się nie zmieniło.

Pospolite ruszenie może dać awaryjne wsparcie, ale dziś wygrywają tylko zorganizowane i silne zespoły. Wątpliwe? To dlaczego na rynku wygrywają profesjonalne przedsiębiorstwa mające wykształcone, doświadczone i dobrze zorganizowane kadry? Kapitał można roztrwonić albo go zdobyć i powiększyć, wszystko zależy od ludzi. Do wielkich bitew potrzebna jest wielka armia, silna siłą tworzących ją, wyszkolonych oddziałów.

To jest etos narodowej pracy, jaki trzeba wprowadzić. Przestawić się mentalnie na trening, wiodący do zwycięstw w potyczkach – dziś na szczęście najczęściej informacyjnych. Trzeba przestawić wajchę w wielu dobrych środowiskach w Polsce. Przejść z mentalności defensywnego zamykania się w twierdzach, bronienia jedynie małych, własnych spraw do świadomości wspólnego wysiłku, wspólnej walki o dobro  -nie czyjeś, ale właśnie wspólne, narodowe. Nasze dobro, Polaków na progu nowego milenium. Wejść w mentalność ofensywną. Zacząć strzelać gole do bramki przeciwników, zamiast jedynie pilnować własnej. Podnieść wreszcie wzrok spod własnych nóg i spojrzeć na horyzont, wybrać cel do jakiego musimy w tym pokoleniu dojść.

Dreszcze złości i zniechęcenie na przemian torturują zapewne w tej chwili niejednego czytającego. To właśnie mentalność defensywna daje o sobie znać! „Nie ma co”, „zbyt odważnie powiedziane”, „za duże wymagania”…

Warto tu zwrócić uwagę, i to wcale nie marginalną, na niebezpieczne, bo źle nastawione kręgi szyderców  – i w nich nie siadać. Współczesny patriotyczny szyderca ubrany jest w szatę dobrych intencji i kompetentnych porad. Tylko że, koniec końców, ostateczne przesłanie wygłoszone czy napisane  przez takiego szydercę, demaskuje jego prawdziwe oblicze i złe intencje lub po prostu faktyczny brak umiejętności. Dlatego, że takie przesłanie rozprasza, demotywuje i dzieli.

Zbyt ogólnie? Dobrze, zatem na przykładach. Mantra „czekamy na odpowiedniego przywódcę”. Dzielenie włosa na czworo, rozdłubywanie do imentu każdego nowego pomysłu, tylko po to by wydobyć i na tronie posadzić jedynie związane z nim ryzyka. Robienie z igły wideł, gigantycznego problemu z najmniejszego potknięcia – co gasi gorliwość i chęć do kontynuowania wysiłku. Szczodrze wydzielane złośliwe komentarze, trafiające w aktywną osobę, zamiast w problem.

Takie „kręgi szyderców” nie są wcale rzadkością.

Na zewnątrz organizacji są to małe, często rozłamowe środowiska, regularnie kurczące się. Liderami opinii będą osoby bez własnego dorobku w zakresie przywództwa czy zarządzania przedsięwzięciami, lub po prostu bez sukcesów na tym polu. Nie udało się w praktyce, więc autorytet próbują zdobyć błyszcząc w teorii, układając defensywne i zniechęcające treści z wystukiwanych na klawiaturze literek, najczęściej ciągną kogoś w dół jak w tym kawale o kotłach w piekle z różnymi narodowościami, gdzie jedynie Polacy nie potrzebują dyżurnego diabła, bo sami nie dadzą nikomu wyjść. Ciekawym zjawiskiem jest, gdy współczesny narodowy szyderca próbuje się uaktywnić wewnątrz struktur narodowej organizacji.  Przy odrobinie doświadczenia, z daleka można poznać kiełkujący problem, po panującej tam atmosferze, która jest świetnym barometrem dla prognozowania działalności danej komórki.

Idąc po linii rozwiązywania problemu, a nie odrzucania człowieka, warto stosować techniki podobne do tej, jaką radzili sobie kompani Asterixa z bardem Kakofoniksem. Dla uspokojenia i wyraźnego postawienia granicy podkreślam, że nie chodzi wcale o zamykania ust na krytykę, nawet gdyby była ostra. Krytyka, która powoduje ulepszenie zamierzenia i wprowadzenie go na wyższy poziom jest zbawienna. Knebel jest dla krytyki, która zabija.

Dobrym przykładem pozytywnej, ofensywnej mentalności jest – jakże inaczej! – husaria. To odwołanie wcale nie na siłę, a analogia jest inspirująca. Oto garść argumentów. Utrzymanie konia i zbroja husarska wymagała składek członkowskich z kilku wsi. Konieczna była determinacja jednego odważnego narodowego lidera. I to długoterminowa determinacja. Taka, która pozwala przećwiczyć szarżę na pstrym koniu ludzkich obietnic w kolejnych, konkretnych przedsięwzięciach. Do tego umiejętność ściągania cugli własnych ambicji i widzimisię. I to nie raz wpadając w zaspę desperacji i błoto wzajemnych żali i pretensji.

Mało tego. Konieczne jest ćwiczenie nie tylko w ramach własnej odpowiedzialności, ale również obok odpowiedzialności innych, współczesnych narodowych towarzyszy pancernych, z którymi tworzymy szyk. Konieczne jest uniknięcie zagrożenia w postaci wyłomów w szyku, groźniejszego od jakiejkolwiek formy oporu przeciwnika. To wszystko musi się dziać pod buławą dobrego przywództwa, które zna i rozumie czym jest odpowiedni rytm. Szarża w pełnym cwale to zaledwie ułamek drogi mierzonej od startu do starcia z przeciwnikiem. Kto chce szarżować od pierwszej komendy „ruszamy”, ten może co najwyżej wybrać się na grzyby. Potrzebna jest powaga. Trzymanie formy na zawody, jeszcze lepiej rozpoznanie, które zawody są decydujące. Taki trening przyzwyczaja również do starcia z wielokrotnie liczniejszym przeciwnikiem i wygrywania.

Malkontentom niechętnym militarystycznym porównaniom służę innym przykładem ofensywnego działania, mianowicie postacią św. Pawła. Za swojego krótkiego życia wzbudził wiele wspólnot wierzących w całym ówcześnie znanym świecie. Czy nauki Chrystusa miały słabą moc? Nie, po prostu same się nie niosły. Konkretni ludzi zadbali o to, żeby dotarły gdzie trzeba i były poznane. Najkonkretniejszy był właśnie św. Paweł, który niespecjalnie przejmował się napotykanymi przeciwnościami. Kto nie jest pewny o jakich przeciwnościach mowa, może sięgnąć do źródła i odświeżyć pamięć. Dla naszego porównania istotne jest to, że św. Paweł na poważnie wziął swoje zadanie, a później zajął się jego realizacją polegającą na czymś więcej, niż geście podniesionego kciuka.

Tak, podkreślam rolę tak zwanego „czynnika ludzkiego”. Cóż da jeden czy kilka mandatów w tym czy innym parlamencie, jeśli nie będzie silnego, realnego oparcia „w terenie”? A czy jest możliwe stworzenie zaufanej i zgranej, dużej organizacji, gromadzącej Polaków wokół wspólnego interesu? Tak! Trzeba uznać to za cel, nie bać się rozsądnego zaangażowania i włożyć pracę w jego osiągnięcie.

Polskość to niesamowita idea. Ponad tysiącletnie dziedzictwo i unikalna tożsamość narodowa, warta tego, by ją przekazać również pokoleniom naszych pra, pra, pra-wnuków. Pałeczka jest obecnie w naszych rękach.

Krzysztof Tuduj
Pełnomocnik ds. rozbudowy i rozwoju struktur Ruchu Narodowego