Robert Winnicki: W stosunkach międzynarodowych: umiesz liczyć? Licz na siebie!

Spójrzmy na państwa, które obecny rząd widział jako swoich sojuszników w ramach czegoś na kształt anty-rosyjskiej osi. Anglia zajęta samą sobą, Turcja zmieniająca wektor. USA, czołowy obiekt westchnień, z możliwym Trumpem w Białym Domu i, tak czy inaczej, skoncentrowane na rywalizacji z Chinami – a nie z Moskwą.

Więc co robi rząd? Zamiast zacząć radykalnie zmieniać marzycielskie założenia polityki zagranicznej i szukać jakiegokolwiek odprężenia z Moskwą, jedziemy do ostatniego “bastionu” dotychczasowej wizji, do Kijowa. Na Ukrainę, która w każdej chwili może pogrążyć się w wewnętrznym chaosie. O wojnie w Donbasie i o Krymie nie wspominając. Prezydent Duda był jedynym przywódcą państwowym na kijowskich obchodach i jest to samotność wiele mówiąca.

Efekty? W końcu zostaniemy wystawieni do wiatru przez Zachód, zadowolony, że naszymi rękami można podszczypywać Rosję. Z którą, na końcu, państwa zachodnie jakoś się dogadają. Nasze zaś interesy będą co najmniej tak nadszarpnięte, jak ogryziony jest kij, który służy do drażnienia niedźwiedzia. Wprawdzie niedźwiedź jest dużo słabszy, niż pozory, które stara się stwarzać, niemniej zawsze trzeba stawiać pytanie: po co? Pytanie o kalkulację interesu narodowego.

Nie miejmy wątpliwości, koniec końców Ukraińcy też będą mieli do nas pretensje: bo polskie władze zawożą puste deklaracje i gwarancje. A państwa, w miejsce federacji oligarchicznej, za nich nie zbudujemy. W razie pełnozakresowej wojny Ukrainy z Rosją, mało, zresztą, prawdopodobnej – Kijowa za nich nie obronimy. I, co akurat z tej perspektywy drugorzędne – będziemy pamiętać o Wołyniu.

Bardzo ten upór naszych rządzących, mówiąc delikatnie, przykry. Zwłaszcza jak się popatrzy na wyważoną i opartą o dobrze pojęty egoizm narodowy politykę Czechów, Węgrów, Słowaków. Premier Słowacji Fico jedzie właśnie do Moskwy, bo po prostu trzeba z nią rozmawiać, jak się chce prowadzić politykę zagraniczną w naszej części świata.

Stanowimy prawie 70% potencjału demograficznego, gospodarczego i militarnego Grupy Wyszehradzkiej. Ale jakby przyrównać potencjały rozumu politycznego naszych kolejnych rządów, mielibyśmy może z 10% udziałów…

Czy w PiS-ie jest ktoś, kto rozumie, że jeśli zasadniczo zmienia się otoczenie międzynarodowe, to zrewidować trzeba założenia polityki zagranicznej? Trwanie przy błędnych założeniach w przypadku polityki państwowej nie jest heroizmem, tylko – nieodpowiedzialną głupotą!