Robert Winnicki: Kto zakochał się w Trójmorzu i co z tego wynika

– Dopóki Polska na naprawdę silnego gracza w obszarze gospodarczym, militarnym czy dyplomatycznym nie wyrośnie, dopóty zawsze w obszarze między Tallinem a Sofią będzie naszą ofertę można dziecinnie łatwo przelicytować – stwierdza w artykule dotyczącym szans powodzenia idei Trójmorza prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP, Robert Winnicki. Zapraszamy do lektury!

Przeglądając opracowania, raporty, czytając wypowiedzi i analizując posunięcia polityczne państw od Estonii po Bułgarię mogę powiedzieć jedno: nikt nie będzie „umierał” za projekt Trójmorza.

Pewnie, banał, ale wart przypomnienia wszystkim przekonanym, że między Tallinem a Sofią, mocą samej woli politycznej, inicjowanej głównie z Warszawy, powstał jakiś szczególny związek.

Nie ma tego związku nawet w dużo mniejszym i bardziej zwartym gronie, czyli Grupie Wyszehradzkiej, o konglomeracie bałtycko-czarnomorsko-adriatyckim nie wspominając.

Dlaczego tak się dzieje? Proste – interesy poszczególnych państw:
– nierzadko się krzyżują,
– jeszcze częściej państwa posiadają interesy względem siebie obojętne lub mało znaczące dla partnerów,
– a, co najistotniejsze, mocarstwowi gracze spoza Trójmorza mają w rękach o wiele więcej instrumentów siły (politycznej, gospodarczej, militarnej) przyciągających poszczególne państwa.

Jeśli przeanalizować stosunek poszczególnych ekip rządzących w Trójmorzu do tej inicjatywy to widać zdecydowany entuzjam przede wszystkim w Warszawie. W pozostałych przypadkach można mówić po prostu o normalnym, spokojnym pragmatyzmie.

Oczywiście, nikt nie podważa tego w czym sam uczestniczy, ale pozostałe państwa podchodzą do sprawy bez specjalnego idealizmu. Na zasadzie – jest jakaś inicjatywa – może coś uda nam się na tym, małym albo żadnym kosztem, skorzystać.

Pytanie – co w sytuacji, kiedy pojawią się koszty? Momenty próby? Otóż momenty próby następują nieustannie, jak np. ostatnia nowa umowa gazowa Gazpromu z Chorwacją. I nie pozostawiają złudzeń – Trójmorze to miły klub, w którym nic istotnego ani trwale wiążącego oraz ważącego politycznie się nie dzieje.

Prawda jest bowiem brutalna – Polska może być atrakcyjnym partnerem, ale nie jest mocarstwem. Do tego nam jeszcze daleko pod każdym względem.

Koniunktura ekonomiczna owszem jest, ale neokolonialna struktura gospodarki nikomu nie imponuje i żadnych potężnych aktywów póki co nie generuje. Wojsko – zakupy nowoczesnego sprzętu idą jak po grudzie, a Obrona Terytorialna to dobry pomysł, ale siły militarnej zdolnej promieniować na region w tej chwili nie mamy.

Wreszcie – żaden potężny, dodatkowy atut siły politycznej również nie znajduje się w polskich rękach. Owszem, jesteśmy wraz z innymi państwami na jednej płaszczyźnie politycznej w kilku sprawach w UE. W zaledwie kilku i niekoniecznie zawsze jako lider.

Dopóki Polska na naprawdę silnego gracza w obszarze gospodarczym, militarnym czy dyplomatycznym nie wyrośnie, dopóty zawsze w obszarze między Tallinem a Sofią będzie naszą ofertę można dziecinnie łatwo przelicytować.

A skoro tak jest to znaczy, że snucie w oparciu o Trójmorze fundamentalnych planów geopolitycznych jest po prostu nietrafne. Więcej – groźne dla przyszłości państwa.

Co zatem wynika z powyższego opisu?

1. Trzeba do znudzenia powtarzać, a przede wszystkim dążyć, do budowy wewnętrznej siły naszego narodu i państwa. Postawić priorytety gospodarcze i militarne, ale mając świadomość, że bez obudowania demografii i twardego przeciwstawienia się liberalnej kulturze, obyczajowości – Polska będzie słabnąć nawet przy wzroście ekonomicznym.

2. W obszarze międzynarodowym przede wszystkim skupić się na rozgrywce między realnymi ośrodkami siły. Mniej marzycielstwa i chciejstwa, więcej – twardej walki o nawet drobne interesy narodowe. Zawrócić z fatalnej drogi, jaką dziś podążamy w polityce zagranicznej – czyli z przekonania, że w oparciu o dobre relacje z Waszyngtonem można jednocześnie stawiać czoła Berlinowi, Brukseli, Paryżowi, Moskwie, Madrytowi etc.

To fatalne założenie, królujące ewidentnie dziś w sferach rządzących, przeczy doświadczeniu polskiej historii i trzeźwemu oglądowi sytuacji międzynarodowej.

3. A co z Trójmorzem? Wyrzucić do kosza? Niekoniecznie. Podejść do tematu jak wszystkie inne państwa – starać się realizować za jego pomocą konkretne interesy Polski.

Pamiętając, że I Rzeczpospolita odeszła dawno i nigdy nie wróci. Zaklęcia o „braterstwie” tak często w Polsce używane wobec narodów Trójmorza działają przede wszystkim, o ile nie wyłącznie, na samych Polaków.

Polska będzie silna – pod warunkiem, że jej władze przestaną wszystkim dookoła opowiadać bajki, a co gorsza – samemu w nie wierzyć.

Robert Winnicki – prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP